Ustawą w hamburgera, czyli śmieciowe żarcie tylko po szkole


|

Dawniej, by zaimponować szkolnemu establishmentowi, młodzież w wieku gimnazjalnym słuchała ostrej muzyki, stosowała nieadekwatnego do wieku języka, popalała za salą gimnastyczną albo testowała wysokoprocentowe trunki na klasowych wycieczkach.

W niedalekiej przyszłości dowodem odwagi i młodzieńczej fantazji będzie poczęstowanie kumpla z ławki słonymi paluszkami albo zdobycie cukierków dla klasowej ślicznotki.

Jeden ze współczesnych myślicieli, mający opinię niepokornego „enfant-terrible” anglosaskiego świata intelektualnego – komentując katastrofalny poziom współczesnych debat filozoficznych oraz obarczając za ten stan m.in. pedagogów – postulował, by „efektem pracy dydaktycznej szkół było nie tyle dobre przystosowanie uczniów do życia we współczesnym społeczeństwie, ile raczej możliwie najdalej idące nieprzystosowanie. Innymi słowy, aby ukończywszy szkoły, opuszczali je wyposażeni w umiejętność niewyrażania zgody na stan współczesnego świata i potrafili dążyć do jego naprawy” (A. MacIntyre, Krótka historia etyki. Historia filozofii moralności od czasów Homera do XX wieku, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1995). Nie wchodząc tu w rozważanie sensowności poglądów filozoficznych Alasdaira MacIntyre’a, należy mieć nadzieję, że tak właśnie się stanie – tj. doświadczenia wyniesione z polskich szkół dostarczą młodym obywatelom determinacji niezbędnej do zmiany aktualnego sposobu myślenia o świecie. W tym zwłaszcza myślenia o treści i roli obowiązującego prawa.

Zgodnie z dotychczas dominującym wyobrażeniem, lekarstwem na wyeliminowanie każdego niemal problemu społecznego jest regulacja normatywna. Przepis stał się dla władzy publicznej podstawowym środkiem, przy pomocy którego próbuje ona korygować kulejącą rzeczywistość. Granice prawa (limits of law) oraz fakt, iż każda regulacja pociąga za sobą zmniejszenie się zakresu indywidualnej wolności jej adresatów – nie są przeszkodą dla ogarniętego manią działania prawodawcy.

Tak też postrzegam uchwalone przez Sejm RP w zeszłym tygodniu dzieło. Formalnie ustawa wprowadza zmiany do ustawy z dnia 25 sierpnia 2006 r. o bezpieczeństwie żywności i żywienia (Dz. U. z 2010 r. Nr 136, poz. 914, z późn. zm). Na jej mocy wprowadza się – w przedszkolach, innych formach wychowania przedszkolnego, w szkołach (z wyłączeniem szkół dla dorosłych – tych ustawodawca uznał za wystarczająco rozsądnych, by wiedzieli już sami, że popicie zapiekanki colą grozi chorobami i śmiercią) oraz w placówkach systemu oświaty reglamentację  środków spożywczych. Generalnie rzecz biorąc: hamburgerów, frytek, zapiekanek, słonych paluszków, chipsów, ciastek, batonów, gazowanych napojów i innych podobnych rarytasów.

Ponadto przepisy są źródłem delegacji dla ministra właściwego do spraw zdrowia, którego upoważniono do wydania rozporządzenia, w którym dookreśli grupy środków spożywczych przeznaczonych do sprzedaży oraz  wymagania, jakie muszą spełniać środki spożywcze podawane dzieciom i młodzieży na terenie jednostek objętych reglamentacją. Ograniczono również reklamę takiego jedzenia. Nie wiadomo oczywiście jakie stanowisko wobec nowelizacji zajmie Senat oraz Prezydent, lecz przepisy w dotychczasowym kształcie dają 3 miesiące (od dnia wejścia ustawy w życie) prowadzącym działalność gospodarczą na dostosowanie się do nowych wymagań, a projekt aktu wykonawczego nie jest znany, co może dodatkowo komplikować sytuację handlujących na terenie szkół. Za naruszenie nowych norm prawnych grozi sankcja w postaci kary finansowej.

Projektodawca uzasadnił regulację następująco: „Planowana regulacja ma na celu ochronę zdrowia dzieci w wieku szkolnym poprzez ograniczenie dostępu na terenie placówek szkolnych i wychowawczych do produktów żywnościowych zawierających znaczne ilości składników szkodliwych dla ich rozwoju… Jak pokazują badania przeprowadzone zarówno w Polsce, jak i w innych krajach europejskich, wskaźnik nadwagi i otyłości społeczeństwa, szczególnie w grupie dzieci i młodzieży w wieku szkolnym rośnie w zastraszającym tempie. Zjawisko to jest związane przede wszystkich z nieprawidłowymi nawykami żywieniowymi, jak również z coraz mniejszą aktywnością fizyczną… Aby realizować skuteczną profilaktykę przewlekłych chorób dietozależnych, należy ograniczyć – w pierwszej kolejności – promowanie artykułów spożywczych zawierających składniki, których obecność w nadmiernych ilościach w codziennej diecie jest niewskazana, w szczególności tłuszcze, nasycone kwasy tłuszczowe, izomery transnienasyconych kwasów tłuszczowych, cukry proste oraz sól. Do grupy tej zaliczono przede wszystkim – wyroby cukiernicze, i ciastkarskie, margaryny twarde (kostkowe), żywność typu fast-food (np. frytki, pizza, hamburgery), słone przekąski (m.in. chipsy, słone paluszki, popcorn), napoje słodzone (gazowane i niegazowane) czy napoje energetyzujące…Planowana regulacja będzie polegała na zakazie sprzedaży oraz podawania i reklamy lub prezentacji w/w produktów na terenach przedszkoli, szkół podstawowych oraz gimnazjów i innych placówek opiekuńczo-wychowawczych oraz oświatowo-wychowawczych. Zakazem będą objęte przedszkola oraz szkoły podstawowe i gimnazjalne wszelkiego typu tj. zarówno placówki państwowe jak i społeczne oraz prywatne. Zakaz ma dotyczyć wszelkiego rodzaju sklepików, jak również sprzedaży za pośrednictwem automatów znajdujących się na terenie tych jednostek. Kolejnym elementem nowelizacji jest zakaz podawania posiłków zawierających w/w składniki na stołówkach szkolnych, co dotyczyłoby zarówno posiłków przygotowywanych na miejscu oraz dostarczanych do szkół na podstawie innych umów na dostawę produktów spożywczych np. w ramach tzw. cateringu”.

Oczywiście w uzasadnieniu przekonuje się nas, że regulacja nie wpłynie na rynek pracy oraz konkurencyjność gospodarki i przedsiębiorczość (standard w projektach legislacyjnych „made in PL”; może znajdą się naiwni, którzy uwierzą, że regulacje obowiązujące w Rzeczypospolitej nie krępują gospodarki i prywatnej inicjatywy, a skutecznie realizują roztropną troskę rządzących o zdrowie i dobrostan obywateli).

Najśmieszniejszy fragment uzasadnienia to chyba ten, w którym tłumaczy się, że: „przedmiotowy projekt wywoła pozytywne skutki społeczne w postaci zwiększenia poziomu świadomości społeczeństwa w zakresie zdrowych nawyków żywieniowych oraz ograniczy w znaczący sposób sprzedaż niezdrowych produktów na terenach placówek edukacyjnych i opiekuńczych na poziomie szkolenia podstawowego i gimnazjalnego, co doprowadzi do wprowadzenia do jadłospisu dzieci w wieku szkolnym bardziej zróżnicowanej diety oraz w konsekwencji do poprawy stanu zdrowia znacznej części społeczeństwa w przyszłości. Z kolei, polepszenie stanu zdrowia społeczeństwa przełoży się w sposób wymierny na zmniejszenie wydatków finansowych państwa przeznaczonych na opiekę zdrowotną i leczenie chorób cywilizacyjnych tj. otyłość czy cukrzyca”. Jak lekceważący musi być stosunek autora takiego tekstu do czytelnika (a zwłaszcza rzeczywistości), by oświadczać, że dopiero regulacja ustawowa przyczyni się do podniesienia świadomości społecznej w zakresie zdrowych nawyków żywieniowych? Jak złe zdanie mają o obywatelach decydenci, którzy deklarują, że trzeba znowelizować prawo, by jego adresaci dowiedzieli się, że czekoladowy baton jest mniej zdrowy niż jabłko? W końcu, jaka jest wiarygodność władzy, która wyraża rzekome zaniepokojenie wydatkami na opiekę zdrowotną, uchylając się konsekwentnie od koniecznej reformy służby zdrowia?

Inicjatorami owej regulacji była grupa posłów PSL (aktywność lobby owocowo-warzywnego przed wyborami?), a pomysł znalazł poparcie wszystkich sił parlamentarnych. Przeciw regulacji głosował zaledwie… 1 (słownie: jeden) poseł!

I żeby było jasne – nie mam nic przeciw zdrowemu żywieniu. Nie podoba mi się władza, która – posługując się regulacjami o mocy „najtwardszego z praw”, czyli ustawy – wkracza w sferę swobody. Nie tylko swobody niepełnoletnich uczniów, ale ich rodziców, nauczycieli i szkół. A ile będzie śmiechu i powodu do dumy, gdy dwóch szczerbatych z klasy II C pewnego pięknego dnia przemyci do szkoły paczkę chipsów i słone paluszki…

Krzysztof Koźmiński

Krzysztof Koźmiński

k.kozminski@lpig.pl

Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademii Artes Liberales (Międzyuczelnianych Indywidualnych Studiów Humanistycznych), gdzie studiował filozofię, socjologię i nauki polityczne. Doktor nauk prawnych, wykładowca i pracownik naukowy Wydziału Prawa UW. Starszy prawnik w uznanej warszawskiej kancelarii prawnej. Ekspert organizacji pozarządowych. Specjalizuje się w prawie konstytucyjnym oraz administracyjnym. Autor licznych publikacji naukowych. Prezes zarządu Laboratorium Prawa i Gospodarki