By żyło się lepiej! Konsumentom.


|

„Skąd ci biedni ludzie mają to zrozumieć, bo ja z tego nic nie rozumiem!” – irytował się wiele lat temu jeden ze znanych polskich dziennikarzy w ujawnionych nagraniach z zakulisowych prac redakcji (wulgaryzmy pomijam). Czytając treść obowiązujących aktów normatywnych, zadaję sobie często to samo pytanie. Klnę przy tym podobnie jak ów redaktor.

Mój ostatni wpis „Piekło nadregulacji” dostarczył mi wiele głosów poparcia i pozytywnych komentarzy. Bardzo cieszą mnie te sygnały – utwierdzam się w przekonaniu, że nie jestem osamotniony w poczuciu postępującego ograniczania indywidualnej wolności (w tym zwłaszcza swobody ekspresji i przedsiębiorczości) w rzeczywistości, w której jednocześnie jednostkowa wolność jest tak bardzo promowana.

Wydaje się, że udało się osiągnąć zamierzony cel – zainspirować do lektury artykułu Christophera Staughtona i skłonić do dyskusji na temat problemu jurydyzacji (jak zauważył trafnie jeden z komentujących: „zwanej również biegunką legislacyjną”). Kwestia ta jest przedmiotem licznych rozważań przedstawicieli doktryny prawa (zwłaszcza reprezentantów orientacji teoretyczno- oraz socjologiczno-prawnej; w miarę możliwości odwoływać się będę do przykładowych pozycji z tej literatury w przyszłych wpisach na blogu Laboratorium Prawa i Gospodarki) oraz socjologów, filozofów i innych przedstawicieli nauk społecznych (słynna teza Habermasa o „kolonizacji życia społecznego przez normy prawne”). Okazuje się, że nie trzeba być prawnikiem, by poczuć zaduch, którego źródłem są coraz to nowe regulacje prawne, poprzez które władza publiczna ingeruje w nasze życie.

Problem przyrastającej wciąż objętości Dziennika Ustaw i innych dzienników urzędowych, w których publikuje się wchodzące w życie akty normatywne – to tylko namacalny efekt kilku powiązanych ze sobą tendencji współczesnego systemu prawnego. Wierzchołek góry lodowej.

Przyczyn jest tu kilka. Po pierwsze – paternalizm władzy publicznej, której przedstawiciele-decydenci przyjmują założenie, że bez zbudowanego przez nich konsekwentnego systemu nakazów i zakazów rządzeni „pogubią się” w swoim życiu. Palacze zajarają się na śmierć trującymi mentolami, kierowcy masowo wypadać będą przez przednią szybę swoich aut bez zapiętych pasów, młode dziewczynki zostaną anorektyczkami na skutek reklam promujących modelki-kościotrupy, a kelnerki podające w restauracjach niefiletowane steki zmuszone będą do permanentnego reanimowania dławiących się klientów. Nie rozwodząc się już nad ideologicznie motywowanymi nakazami i zakazami (tzw. polityki „równościowe” i „antydyskryminacyjne”, których konsekwencją jest np. obowiązek zachowania parytetów płci w organach firm prywatnych).

Po drugie – fetyszyzacja prawa stanowionego. Dominacja sposobu myślenia, zgodnie z którym „na wszystko musi być przepis”. Rozwiązywanie problemów polega na szukaniu odpowiedniej podstawy prawnej – w ustawie, rozporządzeniu, uchwale rady gminy, zarządzeniu kierownika urzędu, regulaminie świadczenia usług itd. (tzw. miękkie prawo, „soft law”, niewiele tu zmienia – poruszę ten problem w przyszłości). A co jeśli przepisu brak? Jest to sygnał dla prawodawcy, że istnieje jakaś (potencjalnie sporna) kwestia nieuregulowana, którą trzebaby ostatecznie „rozstrzygnąć”, tj. uregulować w obowiązującym akcie normatywnym.

Efektem jest taki bałagan normatywny, że udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na proste pytania: „czy mogę zachować się w sposób A?”, „czy zabronione jest zachowanie B?” jest często – zwłaszcza po lekturze normujących zachowania A i B przepisów, niejednokrotnie ulokowanych w różnych aktach normatywnych – niemożliwe.

Dochodzi do tego legislacyjna nieumiejętność, której efektem jest nie tylko niekonsekwencja przepisów, ale przede wszystkim ich rozwlekłość, kazuistyka i kuriozalne – z punktu widzenia językowej poprawności – sformułowania. Choć wszystkie te wady obciążają krajową legislatywę, niekwestionowanym mistrzem nowomowy prawniczej jest oczywiście prawodawca unijny. Skrajnie gadatliwy i żenująco niekomunikatywny.

Dobrym przykładem takiej gadatliwości jest treść dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/83/UE z dnia 25 października 2011 r. w sprawie praw konsumentów (pełny tytuł aktu: dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2011/83/UE z dnia 25 października 2011 r. w sprawie praw konsumentów, zmieniająca dyrektywę Rady 93/13/EWG i dyrektywę 1999/44/WE Parlamentu Europejskiego i Rady oraz uchylająca dyrektywę Rady 85/577/EWG i dyrektywę 97/7/WE Parlamentu Europejskiego i Rady). Przepisy dyrektywy obowiązują od dnia 13 czerwca 2014 r., w efekcie czego przedsiębiorcy powinni stosować ją do wszystkich transakcji zawartych po tej dacie oraz respektować prawa konsumenckie w niej przewidziane. Przepisy dyrektywy mają moc powszechnie obowiązującego prawa i nie mogą być modyfikowane mocą woli stron stosunku prawnego

Intencją unijnego prawodawcy było „w świetle zdobytych doświadczeń, z myślą o uproszczeniu i aktualizacji mających zastosowanie przepisów, wyeliminowaniu niespójności oraz usunięciu niepożądanych luk w prawie… zastąpienie tych dwóch dyrektyw jedną dyrektywą”. Cel aktu naturalnie szczytny: polepszenie sytuacji prawnej konsumentów. Przyznać im więcej uprawnień, zagwarantować przestrzeganie obowiązków informacyjnych przez przedsiębiorcę, usprawnić procedury reklamacyjne i ułatwić prawo odstąpienia od umowy.

Dyrektywa wprowadza szereg nowych rozwiązań (m.in. nowe obowiązki informacyjne przedsiębiorców), a jedną z najpoważniejszych zmian jest wydłużenie okresu, w którym konsument może skutecznie odstąpić od umowy (z 10 do 14 dni). Niewątpliwie większość przedsiębiorców dostosuje się do nowego stanu prawnego (zmianie poddane zostanie brzmienie regulaminów sklepów internetowych, polityki firm, a roszczenia klientów będą uwzględniane). Problem polega jednak na tym, że na sytuację konsumenta wpływa nie tylko ilość aktów normatywnych określających jego uprawnienia oraz skuteczność organów stojących na straży tych uprawnień, ale i jakość tych przepisów.

Polskie tłumaczenie dyrektywy zajmuje 25 stron tekstu, napisanego językiem specjalistycznym, momentami hermetycznym. Redaktor projektu posłużył się zdaniami długimi, wielokrotnie złożonymi, a spora część przepisów dyrektywy to przepisy odsyłające (odsyłają zresztą nie tylko do innych przepisów dyrektywy, ale często do przepisów innych aktów normatywnych). Co więcej, niektóre kwestie ujęte zostały skrajnie drobiazgowo, przykładowo przepis art. 8 ust. 2 zd. 2: „Przedsiębiorca zapewnia, aby konsument w momencie składania zamówienia wyraźnie przyjął do wiadomości, że zamówienie pociąga za sobą obowiązek zapłaty. Jeżeli w celu złożenia zamówienia wymagane jest aktywowanie przycisku lub podobnej funkcji, przycisk lub podobna funkcja muszą być oznaczone w łatwo czytelny sposób jedynie z użyciem słów „zamówienie z obowiązkiem zapłaty” lub równoważnego jednoznacznego sformułowania informującego, że złożenie zamówienia pociąga za sobą obowiązek zapłaty na rzecz przedsiębiorcy. Jeżeli przedsiębiorca nie przestrzega przepisów niniejszego akapitu, konsument nie jest związany umową lub zamówieniem” – czy konieczne jest aż tak szczegółowe opisywanie procesu złożenia zamówienia przez kliknięcie?

Powiedzmy sobie szczerze: analizując treść innych rozporządzeń i dyrektyw prawa unijnego, nietrudno odnaleźć akty znacznie bardziej zasługujące na epitet „potworków legislacyjnych”. Dyrektywa konsumencka nie jest szczególnie tragicznym przypadkiem. Symbolizuje jednak niezdrową tendencję do kazuistycznego, skrajnie szczegółowego regulowania jakiejś dziedziny ludzkiej aktywności. Prawodawca stosuje wyszukane środki stylistyczne i interesuje się tak błahymi kwestiami technicznymi, jakby działał w obawie przed adresatami normy i organami władzy publicznej stosującymi później te normy – że nie będą wiedziały jak je zastosować, nie zrozumieją ratio legis regulacji. Efektem jest bełkot i przegadanie.

Nie mam złudzeń – przepisy powszechnie obowiązującego prawa nie mogą być zrozumiałe dla wszystkich. Więcej nawet, coraz częściej są zrozumiałe jedynie dla prawników, a czasem jedynie dla prawników wyspecjalizowanych w danej dziedzinie prawa. Problem jednak w tym, że – wbrew założeniu prawodawcy – drobiazgowe i kazuistyczne przepisy wcale nie muszą ułatwiać życia konsumentom. Takie działanie ma często efekt przeciwskuteczny.

Kończę, by nie być posądzony o zbytnią gadatliwość – tę samą przypadłość, którą zarzucam unijnemu prawodawcy.

Krzysztof Koźmiński

Krzysztof Koźmiński

k.kozminski@lpig.pl

Absolwent Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz Akademii Artes Liberales (Międzyuczelnianych Indywidualnych Studiów Humanistycznych), gdzie studiował filozofię, socjologię i nauki polityczne. Doktor nauk prawnych, wykładowca i pracownik naukowy Wydziału Prawa UW. Starszy prawnik w uznanej warszawskiej kancelarii prawnej. Ekspert organizacji pozarządowych. Specjalizuje się w prawie konstytucyjnym oraz administracyjnym. Autor licznych publikacji naukowych. Prezes zarządu Laboratorium Prawa i Gospodarki